Historie, które ocalały… – relacja ze spotkania Znane i nieznane losy bliskich

Awatar Bogusława Serzysko

Styczniowe spotkanie z cyklu „Znane i nieznane losy bliskich” poświęcone było wydarzeniom sprzed 81 lat. To był bardzo mroźny i zaśnieżony styczeń 1945 roku. Ludność miejscowa z utęsknieniem czekała na oswobodzenie spod niemieckiej okupacji. Zanim to jednak nastąpiło, już w grudniu 1944 roku Niemcy zaczęli wywozić ważniejsze maszyny i urządzenia z miejscowych zakładów. Wkrótce potem rozpoczęli proces ewakuacji rodzin niemieckich w głąb Rzeszy, które przez okres II wojny światowej mieszkały na naszym terenie. O tym, co działo się 81 lat temu, uczestnicy spotkania usłyszeli od nieżyjących już mieszkańców naszej gminy, których fragmenty relacji z archiwum społecznego Biblioteki Publicznej Miasta i Gminy w Łazach były prezentowane podczas spotkania. Pani Helena Popczyk z Rokitna Szlacheckiego tak wspominała ten czas: „Sołtys kazał mnie i mojej sąsiadce nagrzać ciepłej wody. Przyniósł też produkty abyśmy ugotowały zupę dla niemieckiego wojska, które dotarło do naszej wsi. Cały wieczór grzałyśmy wodę, żołnierze przychodzili i myli się. Nagle tuż po północy wszedł do domu żołnierz niemiecki i zaczął krzyczeć na przebywających w nim żołnierzy. Zaczęli oni w pośpiechu wybiegać na zewnątrz. Posiłku nie zjedli, bo nie był jeszcze gotowy. Żołnierz ten łamaną polszczyzną powiedział, że jak będą odgłosy wystrzałów to mamy siadać na podłogę lub skryć się do piwnicy”. Dzień wyzwolenia Rokitna Szlacheckiego tak wspominał pan Kazimierz Rudy: „Przed jedenastą, słuchamy, a tu karabiny maszynowe „grają”. Niemcy mieli karabin maszynowy ustawiony w pobliżu zabudowań Cyrana. Jednego Rosjanina zastrzelili, ale wkrótce zaczęli uciekać. Zabrali ze sobą ten karabin, ciągnęli go, ale Rosjanie zbliżyli się do nich i zmusili do poddania się. W okolicach Rokitna Szlacheckiego zginęło chyba 11 Rosjan, a wśród nich oficer, który szedł spod Stalingradu”. W dniu 19 stycznia 1945 roku, podobnie jak Rokitno Szlacheckie, zostały wyzwolone Niegowonice. Tak to wydarzenie wspominała mieszkanka Niegowonic pani Regina Prochaska: „U nas był szpital polowy, były dwa namioty, w których przebywali ranni rosyjscy żołnierze. Nie było światła, dlatego my, młodzi mieszkańcy trzymaliśmy lampy naftowe, które oświetlały miejsce, gdzie lekarze przeprowadzali operacje. Były to głównie kobiety. Ponieważ brakło im środków do znieczulania, operowały bez narkozy. Przypominam sobie jak trzymałam lampę, wtedy lekarka amputowała nogę rannego żołnierza bez znieczulenia, ja prawie zemdlałam. Widziałam jak wyciągali kulę z płuc. Szpital ten ogrzewany był piecykami. Bardziej rannych przewożono do szpitala w Zawierciu. Namioty szpitala stały przez około dwa miesiące na naszym placu. Najwięcej rannych było po wyzwoleniu Niegowonic, kiedy wojska rosyjskie zmierzały w kierunku Łośnia, zostały one zaatakowane przez samoloty niemieckie”. O tym, co działo się tuż przed wyzwoleniem Łaz, usłyszeliśmy z relacji pani Janiny Bajor: „Przed samym wyzwoleniem Łaz nadleciały samoloty i zginął Kurzeja, Kopciowa, Natalka z mojej rodziny i wiele osób było rannych. My schroniliśmy się do „Rynkowca” (obiekt na terenie Zakładów Materiałów Ogniotrwałych tzw.„Szamotowni”). Były tam mury o grubości 1,5 metra. Dużo osób tam z nami było. Słyszeliśmy odgłosy strzelaniny. Baliśmy się bardzo. Wtem przyszli rosyjscy żołnierze i powiedzieli, że możemy wychodzić. Nagle nadleciały niemieckie samoloty, my już z mamą byłyśmy w domu, a tata poszedł pilnować sklepów. Kiedy wracał, w okolicy obecnej „Biedronki” został ranny odłamkiem pocisku. Mężczyźni przynieśli go do domu, jedynym ratunkiem była operacja. Rosyjski lekarz był na miejscu, ale nie miał narzędzi chirurgicznych. Niestety doszło do zakażenia organizmu i tata nad ranem następnego dnia zmarł, zostałyśmy z mamą same”.  Kolejna relacja, tym razem pani Ireny Michniewskiej, zaprezentowana podczas spotkania odsłoniła nam taką oto historię: „Mieszkańcy skrzyknęli się i postanowili udać się do schronu w pobliżu wieży ciśnień. Każdy co miał, zabierał ze sobą, siedzieliśmy tam około tygodnia. Matki zabrały ze sobą chleb, gotowały kawę zbożową. Z niecierpliwością czekaliśmy na to, co się będzie działo. Mężczyźni sprawdzali, co jakiś czas wychylali się przez jedne, potem drugie drzwi. Pewnego razu ktoś przyszedł i mówi, że Łazy się palą. Okazało się, że budynek gminy się palił. W międzyczasie poszłyśmy z siostrą do naszego domu, który był w pobliżu. Doradziły nam starsze panie, aby schować cenniejsze rzeczy do piwnicy. Kobiety częstowały nas jedzeniem. Nagle słychać było jakieś odgłosy, zaniepokoiliśmy się. Mężczyźni wyszli z tego bunkra, żeby zobaczyć skąd te odgłosy. Okazało się, że w pobliżu przemieszczali się żołnierze. Jeden z nich zatrzymał się i poinformował nas, że jak przejdzie front, to mamy jak najszybciej opuścić schron, bo teren parowozowni jest zaminowany i wieża ciśnień również. Żołnierze  mieli rozminować ten teren. Kiedy przeszło wojsko, opuściliśmy to miejsce i udałyśmy się do domu. W mieszkaniu było strasznie zimno, szukałyśmy opału aby choć odrobinę się ogrzać. Powoli zaczęłyśmy się przyzwyczajać do życia bez rodziców”. Dla pani Ireny był to bardzo trudny czas, tuż przed wybuchem II wojny światowej zmarła mama, natomiast tata został aresztowany za przynależność do przedwojennej partii i zginął w niemieckim obozie koncentracyjnym Auschwitz, osieracając dwie kilkuletnie wówczas córeczki. Jedną z nich była właśnie pani Irena. To tylko wybrane fragmenty wspomnień z przeszłości naszych miejscowości, każda z nich jest inna. Osoby, które nam ją opowiedziały, to świadkowie tamtych dni. Wielka szkoda, że nie ma ich wśród nas.

Skip to content